Archiwum wierszy |  AKCENT |  Babiniec literacki |  Fraza |  Kresy |  Kwartalnik Artystyczny |  Odra |  Pisarze.pl |  Pobocza |  Podgląd |  Polskie Muzy |  Twórczość |  WERS  |  Wyspa |  Znad Wilii

KWARTANIK ARTYSTYCZNY nr 128 (4/2025)



ENTROPIA

 

Codziennie rano po obudzeniu zaczynam uprawiać bycie –

realizuję plan woli życia wyłącznie szczęśliwie

czyli zgodnie z naturą w jej optymalnej postaci

 

zwykle początek idzie jak po maśle

otwieram okno witam słońce (lub deszcz)

odprawiam ablucje, dziękuję Ziemi za wodę i inne dary

z Domownikami dzielę się chlebem piołunem

błogosławię Piekarza i Mleczarza

i zabieram się do pracy

 

słucham jej miarowego oddechu

skrzypienia pióra po papierze

 

i gdyby nie wojna plaga starość choroba i inny chaos

byłabym już porządnie zaawansowana

w Harmonii wszechświata.

 

 

 

 

ZWŁASZCZA W CHARKOWIE

 

Przeraża cię tłum podróżnych na dworcu

                                       w Warszawie

chaotyczne drżenie ludzkiej masy

galareta atomów

 

chcesz uciec jak kiedyś z New Yorku

                                            New Mexico

                                            New Delhi

zwłaszcza z New Delhi

 

strachu nie widać, bo nie jest fizyką

może chemicznym prochem

 

i na nic szczypanie się w żywe ciało

żeby sprawdzić czy to zły sen

                                         w Warszawie

                                              Krakowie

                                              Charkowie

zwłaszcza w Charkowie

 

 

 

 

GAZ W GAZIE

 

Gaz w Gazie

gaz w Buczy

gaz w oku

gaz w duszy

a Getto wciąż kopci, przysięgam

 

gazem nas tuczą 

tuczem nas tuczą 

plastikiem, pieśnią, sztandarem

 

proch, ołów, uran i pluton chcą mieć

ten biznes nazywa się śmierć

 

proch w Gazie

proch w Buczy

proch w oku

proch w duszy

a Getto wciąż prószy, przysięgam.

 

 

 

 

KIEDY ZABRAKŁO WODY

 

Jeż nie pojawił się nocą

ptaki ucichły

nawet śladów kuny zabrakło

 

nerwowo patrzyła na zapasy wody pitnej

w garażu i piwnicy

 

nikt już nie plotkował o zbyt rzadkich

ablucjach krewnych i sąsiadów

ani o śmierdzących skarpetkach ogrodnika 

który w końcu i tak przesłał przychodzić 

bo trawy i rabatki ogrodów wyschły 

a krzewy nie wypuszczały nowych pędów

choć wciąż były nadzieją. 

 

 

 

 

KIEDY ZABRAKŁO DRZEWA

 

Stała się nomadką wędrującą

od zarośli przez stepy 

tundrę sawanny pustynie

od oazy do oazy

w poszukiwaniu ciągłości

 

zaczęła liczyć niepoliczalne dni

i garści manny

 

zarzuciła wegetarianizm

 

nie mogła spojrzeć w oczy

psu ani dzieciom 

 

stali się łupem dzikich zwierząt

nawet tych niegdyś roślinożernych

 

prawdy nie dało się porównać z pięknem 

nadeszło niewyobrażalne

 

zabrakło odcieni zieleni

a sens zanikł

jak las.